Każdy twórca musi podejmować ryzyko. W przeciwnym razie jesteś nudny – wywiad z Ramem V
7.08.2026 17:17
Jednym z najważniejszych punktów tegorocznej edycji Festiwalu Komiksowa Warszawa było pojawienie się na niej Rama V, wielokrotnie nagradzanego twórcy, autora scenariuszy do takich komiksów jak Dziki ląd, Wiele śmierci Laili Starr, Rzadkie smaki czy znakomicie przyjętej serii Batman: Detective Comics. Udało nam się porozmawiać z Ramem o jego procesie twórczym, nadchodzących projektach i, rzecz jasna, o polskim jedzeniu.
Wiktor Lewandowski: Ram, niedawno odwiedziłeś Komiksową Warszawę, podczas której polscy czytelnicy mogli dowiedzieć się więcej o Rzadkich smakach – komiksie, który współtworzyłeś z Filipe Andrade, i który jest jednym z Twoich najnowszych dzieł dostępnych obecnie na polskim rynku. W Rzadkich smakach specyficzne uczucia i historie związane z poszczególnymi posiłkami stanowią jeden z najważniejszych elementów narracji. Muszę więc zacząć od tego pytania – czy podczas wizyty w Polsce udało Ci się spróbować naszej kuchni, a jeśli tak, czy wywołała ona w Tobie emocje podobne do tych, których doświadczają bohaterowie Twojego komiksu?
Ram V: Trochę jej spróbowałem. Mam jednak niecodzienny nawyk: wszędzie, gdzie jadę, staram się zjeść ramen. Więc zjadłem ramen w Warszawie, ale nie jestem pewien, czy to się liczy.
Taka polsko-japońska kuchnia fusion.
Tak. Ale pewnego dnia wybrałem się też z Filipe na tradycyjny polski obiad. Jedliśmy naleśniki z ziemniaków. „Plackis?”, chyba tak się nazywają.
Ach, tak. Placki ziemniaczane. Jak Ci smakowały?
Były dobre, całkiem dobre. Oczywiście nie zjadłem ich jeszcze wystarczająco dużo, by zaczerpnąć z jedzenia narracyjną inspirację. Jestem jednak pewien, że wrócę tu jeszcze kilka razy, więc z czasem znajdziemy coś, co w mojej głowie okaże się warte opowiedzenia o tym historii.
Mam taką nadzieję. Może gołąbki albo pierogi zrodzą iskrę inspiracji.
Być może. Jadłem już kiedyś pierogi, chociaż o dziwo w Nowym Jorku, a nie w Warszawie. Więc tego też nie mógłbym do końca zaliczyć.
Rzadkie smaki
Rare Flavours
Oto hipnotyzująca opowieść o Rubinie Bakshu — demonie, który żywi przyziemne marzenie by zostać nowym Anthonym Bourdainem. Urzeczywistniając swoją wizję, Rubin wciąga Mo — filmowca, który lepsze dni ma już za sobą — do dokumentowania hinduskiej kuchni i ludzi stojących za tą słynącą na całym świecie sztuką kulinarną. Ale Mo nie wie, że Rubin kryje w sobie znacznie większą tajemnicę, a śmiertelnicy odgrywają w jego programie wiele ról…
Pobudź swoje podniebienie i zaspokój swoje smaki dziełem wielokrotnie nagradzanego i nominowanego duetu odpowiadającego za Wiele Śmierci Laili Starr — Rama V (Detective Comics, Błękit w zieleni) i Filipe Andrade (Fantastic Four, Star) — którzy w swoim najnowszym arcydziele brawurowo łączą opowieści nadprzyrodzone, indyjską kuchnię oraz bezwzględny świat kulinarnych celebrytów!
„Mitologia, kuchnia i ludzkie doświadczenia łączą się w harmonijną całość, w obrazach, które przywołują każdy z tych elementów w olśniewających barwach i niezapomnianym stylu…” —ComicBooks.com
„Ram V włożył w tę książkę całe serce i duszę, wyrażając to w jednym z najlepszych tekstów w swojej karierze. Od fantastycznego sposobu, w jaki postacie wyrażają siebie, po obrazy szczegółowo opisujące etapy przygotowywania każdego dania, Filipe Andrade wypełnia tę książkę życiem i subtelnością”. —ComicWatch
„…epicka podróż przez życie i jego najgłębsze znaczenia poprzez jedzenie. Inteligentna refleksja na temat znaczenia zwolnienia tempa i delektowania się życiem”. —AIPT
14.05.2026
I
Kolor
Twarda
195×280 mm
160
99,00 zł
9788368259582
W 2016 roku, po tym jak zadebiutowałeś w ustanowionym wydawnictwie, postanowiłeś spróbować crowdfundingu i współtworzyłeś komiks Black Mumba. Co skłoniło Cię do podjęcia ryzyka i zdecydowania się na pełną niezależność? Jak patrzysz na to teraz, po współpracy z jednymi z najbardziej znanych wydawców na świecie, w tym Marvelem, DC, Image czy Boom Studios?
Cóż, zanim zdecydowałem się na crowdfunding, tak naprawdę nigdy wcześniej nie pracowałem z żadnym dużym wydawcą.
Czy nie zacząłeś od komiksu Aghori dla wydawnictwa Holy Cow?
Tak, ale to nie jest duży wydawca. To bardzo małe, niezależne wydawnictwo w Indiach. Stali się wielcy i popularni po publikacji Aghori, ale kiedy zaczynałem u nich wydawać, byli stosunkowo małą firmą. W dodatku Aghori początkowo ukazywało się tylko lokalnie w Indiach i nie było dostępne nigdzie indziej. Black Mumba jako projekt był z założenia przeznaczony dla szerszego grona czytelników.
Powód, dla którego wybrałem crowdfunding, jest właściwie bardzo zabawny. Rozesłałem ten komiks do wielu wydawców w Ameryce i kilku w Wielkiej Brytanii. Większość z nich odpowiadała: „to jest naprawdę dobre, ale nie możemy tego wydać”. Następnie porozmawiałem z Chrisem Starosem, który był wówczas wydawcą w Top Shelf, i powiedział mi coś bardzo interesującego. Stwierdził: „to naprawdę dobra rzecz. Jest świetna i zasługuje na przeczytanie, ale nie znajdziesz mainstreamowego wydawcy, który będzie skłonny się tego podjąć, ponieważ nikt nie wie, co zrobić z czarno-białym komiksem, którego akcja toczy się w Bombaju. Najlepiej zrobisz, próbując wydać to samodzielnie. Myślałeś o self-publishingu?”. Powiedziałem: w porządku, jeśli tak radzi mi ktoś tak ceniony i szanowany w branży, to powinienem to zrobić. Tak też się stało, a komiks poradził sobie naprawdę świetnie, zbierając znacznie więcej pieniędzy, niż mógłbym zarobić, publikując go w tamtym czasie u małego wydawcy. Dlatego jestem bardzo wdzięczny za tę radę. Oczywiście od tamtej pory nie wróciłem do crowdfundingu. Ale uważam, że to naprawdę fajny sposób na tworzenie rzeczy, które… no dobra, teraz wejdziemy w trochę głębszą dyskusję.
Śmiało.
Branże lubią publikować to, co są w stanie pojąć. Z kolei twórcy chcą tworzyć to, czego pojąć się nie da. To nieodłączny konflikt między branżą, która chce publikować rzeczy o których wie, że odniosą sukces, a twórcą, który chce stworzyć coś zupełnie nowego, nie wiedząc, czy ten sukces osiągnie. Dlatego uważam, że crowdfunding jest niezwykle interesującym miejscem, do którego można się udać z projektem nie trafiającym w gusta tradycyjnych wydawnictw. Wiem, że wiele osób traktuje zbiórki jako pewnego rodzaju pierwszą próbę wejścia w niezależny rynek, ale to nie musi być tylko to. Spójrzmy na Simona Stålenhaga: ten facet wcale nie musiał zbierać pieniędzy na swoją książkę, ale to zrobił, ponieważ był to tak niezwykły projekt. Zdarzało mi się rozmawiać z ludźmi z Kickstartera i pytali mnie: „dlaczego nie przyjdziesz i nie zrobisz u nas kolejnego komiksu?”. Mam kilka pomysłów, ale to nie są komiksy. To dziwne projekty, których wydawca nie byłby w stanie objąć swoim umysłem. Z tego typu rzeczami chciałbym kiedyś wrócić na platformy crowdfundingowe.
Dziki ląd
These Savage Shores
Rok 1766. Dwa stulecia po tym, jak pierwszy europejski okręt dopłynął do Wybrzeża Malabarskiego i zawinął do portu w Kalikacie, Brytyjska Kompania Wschodnioindyjska stara się zabezpieczyć swoją przyszłość na lukratywnym Jedwabnym Szlaku.
Na pokładzie jednego ze statków Kompanii przybywa istota będąca ucieleśnieniem pradawnego zła, licząc na zadomowienie się w nowo odkrytej krainie. Wkrótce jednak przekonuje się, że ziemie nad Indusem zamieszkują demony i legendy dużo starsze od niej samej.
To dziki ląd, gdzie dni są parne, a noce obnażają kły.
05.2020
I
Kolor
Twarda
170×260 mm
176
69,99 zł
9788395686900
Nie pamiętam skąd pochodzi ten cytat, ale mówi o tym, że branża chce wydawać to, co lubi publiczność, lecz sama publiczność tak naprawdę nie wie, czy coś jej się podoba, dopóki tego nie doświadczy. Crowdfunding pozwala wypróbować naprawdę szalone rzeczy nawet uznanym twórcom. Dzieła ufundowane przez społeczność i prace niezależne pozwalają odbiorcom znaleźć coś, co nie miałoby szansy powstać w głównym nurcie.
Wydaje mi się, że nawet ta relacja między twórcą, branżą i odbiorcami jest zbytnio wyolbrzymiana. To nie jest równanie – nie polega po prostu na tym, że wydawca chce opublikować to, czego chce widownia. To nie jest takie proste. Wszystko jest o wiele bardziej złożone, prawda? Widownia czegoś chce, bo widziała już coś, co ją podekscytowało. Ale kiedy coś jest zupełnie nowe – na przykład, kiedy nakręcono Egzorcystę, po reakcjach ludzi można by pomyśleć, że ten film nie ma żadnej przyszłości, a jednak jest to jedno z największych dzieł kinowych wszech czasów. Częściowo dlatego, że wywołało tak silną reakcję. Mam wrażenie, że te trzy elementy – branża, widownia i twórca – tkwią w ciągłym, permanentnym tańcu ze sobą. W momencie, gdy ktoś próbuje narzucić temu tańcowi strukturę, to po nim. Każdy musi podjąć ryzyko. Czytelnicy muszą ryzykować, aby odkrywać coś nowego. Branża musi ryzykować, żeby publikować rzeczy, które jej zdaniem warto opublikować. I oczywiście to samo cały czas dotyczy twórców, bo w przeciwnym razie – jesteś nudny.
Czytając o początkach Twojej kariery, natrafiłem na historię o tym, jak skrupulatnie rozebrałeś na czynniki pierwsze 100 naboi Briana Azzarello, chcąc zrozumieć fundamenty dobrze skonstruowanego komiksu. Mam wrażenie, że ten rodzaj precyzji w snuciu opowieści da się wyczuć również u Ciebie. Czy rytm historii, każdego zeszytu, każdej strony, a nawet pojedynczego kadru, to coś, co starannie planujesz i kalkulujesz podczas pisania scenariusza, czy przychodzi Ci to naturalnie?
Część z tego jest naturalna, a część bardzo wykalkulowana. Naturalna – i myślę, że siłą rzeczy taka musi być – jest część, w której piszę narrację lub dialogi między ludźmi, ponieważ uważam, że jeśli zbytnio zaprojektujesz rozmowę, wydaje się ona sztywna i sztuczna. Robiłem tak czasem w przeszłości, ale tylko dla osiągnięcia zamierzonego efektu. Zasadniczo chcesz, żeby czytelnik odbierał dany tekst jako coś intuicyjnego. Wyjątek stanowią ludzie tacy jak Cormac McCarthy, gdzie możesz potrzebować nieco więcej czasu na zrozumienie jego postaci, ale kiedy już przyzwyczaisz się do jego rytmu, czyta się go coraz łatwiej w miarę upływu lektury. W komiksie ta sama zasada pozostaje w mocy. Chcesz, aby dialogi, czytanie tekstu znajdującego się na stronie, było intuitywne. Ale potem jak najbardziej możesz wyliczać i kalkulować, co ma sąsiadować z czym, co znajdzie się w pierwszym kadrze, a co w drugim.
Po napisaniu konwersacyjnej części opowieści, zazwyczaj wchodzę i wykonuję potężną inżynierską robotę: decyduję, w które miejsce trafią konkretne kadry, ile ich będzie na stronie, kiedy coś się pojawia i gdzie to dokładnie trafia. Uważam również, że sporo tej inżynierii opiera się na liternictwie. Być może niewielu ludzi o tym myśli, ale jeśli masz dwie wypowiedzi dialogowe w tym samym kadrze, odległość między dwoma dymkami narzuca sposób, w jaki odbiorca je odczyta. Zatem umieszczenie ich po przeciwnych krańcach kadru wywoła zupełnie inny efekt niż umieszczenie dymków tuż obok siebie, nawet jeśli te same słowa wypowiada ta sama postać. Choćby i takie detale to coś, o czym bardzo intensywnie myślę podczas pisania komiksów.
Błękit w zieleni
Blue in Green
Erik Dieter to muzyk, któremu się nie wiedzie. Gdy wraca do rodzinnego domu na pogrzeb matki, w osobliwych okolicznościach znajduje fotografię nieznanego jazzmana z lat sześćdziesiątych. Próba ustalenia tożsamości tego artysty stanie się obsesją Erika. Jego wiara w rzeczywistość ulegnie osłabieniu, zwłaszcza wtedy, gdy będzie musiał stawić czoło grozie skrytej w jego marzeniach oraz własnej przeszłości.
05.2022
I
Kolor
Twarda
180×275 mm
152
89,00 zł
9788396182944
Zawsze zastanawiałem się, czy jesteś bardziej precyzyjnym architektem, który planuje każdy najmniejszy szczegół w strukturze scenariusza, czy raczej improwizatorem, pozwalającym, by wszystko rozwijało się samo?
Szczerze mówiąc, myślę, że potrzebujesz odrobiny obu tych rzeczy. Kluczem jest to, by nie pozwolić architektowi w tobie zakłócać pracy tego wewnętrznego freestylera.
Jesteś również bardzo precyzyjny w wyborze swoich współpracowników. Często współpracujesz z Anandem RK, Evanem Cagle, Filipe Andrade. Czego, jako scenarzysta, szukasz u artysty pracującego z Tobą przy komiksie i co sprawia, że myślisz: „okej, to ktoś, z kim chcę znowu pracować”?
To naprawdę zależy od historii, którą opowiadam. Każda opowieść posiada estetykę, która jest widoczna i oczywista od samego początku, ale także ukrytą warstwę estetyczną, mniej dostrzegalną, taką, która niejako wkrada się w umysł odbiorcy. Używając analogii, przypomina to muzykę: słowa mogą być dla ciebie oczywiste, instrumenty mogą być oczywiste, ale masz przecież także utwory, w których nie ma tekstu lub są bardzo złożonymi, instrumentalnymi aranżacjami. I jeśli spędzisz z nimi 20 minut, nagle pojawia się uczcie: „oh, to jest naprawdę smutne”, „to jest niezwykle radosne” albo „to bardzo melancholijne”. I to są właśnie te płaszczyzny estetyki, które nie są widoczne na pierwszy rzut oka. Więc kiedy pracuję z rysownikiem, interesuje mnie to, czy jestem w stanie poczuć w jego sztuce tę estetykę, której potrzebuje moja historia, nawet jeśli nie widać jej od razu. Najprostszym tego przykładem jest praca z Filipe przy Laili Starr, gdzie wiedziałem, że mimo iż oczywistym tematem była śmierć – sama bogini śmierci – i te ciężkie, filozoficzne idee, to sam ton historii był bardzo lekki. Szukałem więc artysty, którego twórczość potrafiłaby oddać emocje, ale w niezwykle żywy sposób. A w chwili, gdy spojrzysz na prace Filipe dostrzeżesz, że nawet w samej jego kresce drzemie niesamowicie dużo energii.
Absolutnie.
Właśnie tego typu rzeczy wypatruję podczas współpracy z innymi artystami. Pracuję teraz z ilustratorem Stevem Beachem, który tworzy ręcznie malowane płótna i plansze komiksowe. Zwróciłem się do niego w związku z jedną bardzo konkretną historią, bo byłem przekonany o właściwej estetyce, jaką chciałem w niej zobaczyć.
Wiele śmierci Laili Starr
The Many Deaths of Laila Starr
Ludzkość jest bliska odkrycia tajemnicy nieśmiertelności. W rezultacie awatara Śmierci zostaje wypędzona na Ziemię, aby wieść życie w Bombaju jako zwykła dwudziestolatka – Laila Starr. Zmagając się z utratą posady i nowo odkrytą śmiertelnością, Śmierć postanawia nie dopuścić do zburzenia cyklu życia i upewnić się, że nie zostanie tylko wspomnieniem. Udaje się więc na poszukiwanie sprawcy swoich nieszczęść, po drodze odkrywając prawdziwą rolę, jaką odgrywa we wszechświecie.
WIELE ŚMIERCI LAILY STARR to mistrzowska powieść graficzna autorstwa wielokrotnie nagradzanego scenarzysty Ramy V (Błękit w zieleni, Dziki ląd) i uznanego ilustratora Filipe Andrade (Captain Marvel), która bierze pod lupę cienką granicę między życiem a śmiercią, zgłębiając jej znaczenie przez pryzmat realizmu magicznego.
„Ram V ukazuje kolejną bogatą płaszczyznę ludzkiej egzystencji i nie boi się uczłowieczyć boskość. To nie jest zwykła opowieść o życiu i śmierci. Ten komiks, podobnie jak samo życie, trzeba po prostu doświadczyć”.
— ComicBook.com
„Ram V i Andrade stworzyli historię przesiąkniętą realizmem magicznym, która jest celebracją życia i tego, jak głębokie znaczenie mają zwykłe, codzienne doznania”.
— AIPT
„Wiele śmierci Laily Starr to owoc cyklicznej transcendencji”.
— The A.V. Club
03.2023
I
Kolor
Twarda
180×275 mm
144
75,00 zł
9788367571166
Kiedy ponownie współpracujesz z danym artystą, jak w przypadku Filipe, próbujesz jakoś dopasować swój styl pisania do tego, co już o nim wiesz? Czy pisząc Rzadkie smaki próbowałeś dostosować sposób kreowania fabuły tak, by wpasować się w mocne strony Filipe?
Prawdę mówiąc, nie sądzę, aby to było aż tak wykalkulowane. Uważam, że znacznie więcej korzyści płynie z samego faktu rozwijania relacji z osobą, z którą współtworzysz – z bycia z nim w przyjaznych stosunkach, ze wzajemnego zrozumienia na płaszczyźnie filozoficznej czy emocjonalnej. Z czasem, gdy to nastąpi, w grę wchodzi też kwestia zwykłej zażyłości. Jeśli stworzycie wspólnie kilkaset stron komiksu, to przekazywanie pewnych rzeczy nie wymaga już od ciebie wielkiego wysiłku. Wiesz także, w jakich miejscach możesz ufać gustowi danej osoby, więc nie musisz zbyt mocno tłumaczyć jej pewnych zjawisk. To bywa zmienne, ale nie jest to jakaś bardzo świadoma myśl na zasadzie: „to jest mocna strona Filipe, a więc tak to właśnie napiszę”; to coś znacznie bardziej intuicyjnego.
Jeśli już mówimy o współpracy, to miałeś okazję pisać wspólnie z innymi, niezwykle uzdolnionymi scenarzystami dominującymi obecnie na amerykańskim rynku, takimi jak Dan Watters (Jednoręki i sześć palców, Universal Monsters: Potwór z Czarnej Laguny żyje!) czy Al Ewing (Venom). Jakie są największe wyzwania, ale też najbardziej wynagradzające momenty płynące ze współtworzenia scenariusza z innym autorem?
Sam nie wiem, czy da się tu mówić o jakichś wyzwaniach czy nagrodach. Robię to, bo podoba mi się idea, wedle której interesujący ludzie mogą się spotkać i stworzyć razem coś naprawdę wyjątkowego i nieszablonowego. Zawsze byłem zafascynowany takim konceptem. Należę do starej szkoły. Uwielbiam odkrywać, że na przykład Maynard James Keenan z zespołu “Tool” krzyczy na soundtracku stworzonym przez “Nine Inch Nails” – tego typu rzeczy sprawiają, że czuję, jakby to wszystko, co kocham, było ze sobą powiązane. Nawet w przypadku mojej twórczości próbuję szukać innych osób robiących ciekawe rzeczy i nie muszą to wcale być tylko artyści. Myślę, że Dan tworzy bardzo interesujące rzeczy i praca z nim była dla mnie prawdziwą radością. Współpracowałem z Alem, współpracowałem z Alexem Paknadelem. To wszystko bardzo ciekawi ludzie o intrygujących pomysłach i stylach pisania, posługujący się przeróżnymi mechanizmami kooperacji. Pamiętam, że praca przy Jednorękim… w szczególności była tak po prostu fajnym doświadczeniem.
Batman. Detective Comics #01: Gothamski Nokturn: Uwertura
Batman Detective Comics: Vol. 1: Gotham Nocturne: Overture
Pierwszy tom serii „Detective Comics” w ramach linii wydawniczej Uniwersum DC.
Rozpoczynamy nowy etap w życiu Detektywa Nocy. Drogę wytycza mu wielokrotnie nagradzany scenarzysta Ram V („Catwoman”, „The Swamp Thing, „Wiele śmierci Laili Starr”) i niesamowity rysownik, jakim jest Rafael Albuquerque („Amerykański wampir”, „Superman/Batman”)! Razem zmienią opowieść o Batmanie w tragiczną, choć przepiękną gotycką operę.
Z Batmanem dzieje się coś niepokojącego. Żaden test ani badania nie pomagają najlepszemu detektywowi na świecie ustalić źródła tego przerażającego lęku – jego własnych demonów i nawarstwiających się sygnałów świadczących o tym, że Bruce Wayne się starzeje. Tymczasem prawdziwe demony kryją się w cieniu, gdy starożytna melodia zakłóca nocny spokój Gotham. Kurtyna się unosi, a upiorna melodia płynie przez noc. Kto jest człowiekiem, a kto demonem? Kto może to ustalić? Gdy Batman podąża śladem melodii i demonów Gotham, musi odpowiedzieć na najważniejsze pytanie. Czy demon towarzyszył mu przez całe życie? A jeśli tak, to czego od niego chce? I dlaczego jeszcze nim nie zawładnął?
Album zawiera materiały opublikowane pierwotnie w amerykańskich zeszytach „Detective Comics” #1062–1065.
17.07.2024
I
Kolor
Miękka ze skrzydełkami
167×255 mm
144
59.99 zł
9788328165465
Masz też spory dorobek w komiksie superbohaterskim. Jednym z moich faworytów pozostaje pisana przez ciebie saga Detective Comics, która mocno odbiega od większości tytułów z Batmanem, czy komiksów superbohaterskich w ogóle – bo to tak wielka i wzajemnie połączona historia. Kiedy zaczynałeś pracę przy Detective Comics, nie obawiałeś się, że czytelnicy mogą nie chcieć zatrzymać się przy niej na dłużej?
Nie nazwałbym tego obawami. W zasadzie spodziewałem się jakiegoś oporu, bo miałem z czymś takim do czynienia przed każdym poprzednim projektem. Kiedy zacząłem pisać Swamp Thinga, ludzie mówili: „och, dlaczego on zmienia tę postać? To nie jest Swamp Tning, którego przywykłem czytać. Nie podoba mi się ta seria!”. A potem, po trzech zeszytach, zaczynali pisać: „to może być jedna z najlepszych serii o Swamp Thingu w historii”. Tak więc jestem przyzwyczajony do takich reakcji ze strony czytelników. Traktuję to jako oznakę dobrego opowiadania historii. Jeśli dajesz ludziom dokładnie to, czego oczekują na samym początku opowieści, to po co w ogóle pisać? Wyobraźmy sobie, że idziemy na występ sceniczny, żeby zobaczyć sztuczkę magiczną i już na samym początku wiemy dokładnie, gdzie jest moneta i która karta znajduje się w którym miejscu. Jaki to ma sens? Początki powinny budzić niepewność. Powinno się mieć poczucie, że nie wie się dokładnie, dokąd to zmierza. I to jest dobre. W erze internetu, kiedy ludzie nie są czegoś pewni, czasami reagują bardzo gwałtownie. Podczas gdy dawniej, gdy czytelnik przeczytał pierwsze 10 stron i pomyślał: „nie wiem, co to jest, nie jestem pewien, czy mi się to podoba”, miał wybór. Mógł to odłożyć albo czytać dalej, ale nie było tak ogólnodostępnej przestrzeni do tego, by po prostu narzekać.
Myślę, że istnieją grupy czytelników, którzy oczekują natychmiastowej gratyfikacji podczas lektury, podczas gdy Twoje Detective Comics nagradza cierpliwość i zaufanie do historii, dając przestrzeń na to, by nie znać odpowiedzi na wszystkie pytania od razu.
Wiesz, uwielbiam słodycze, ale uwielbiam też jeść dobre, skomplikowane potrawy o wielu smakach. Powinno istnieć miejsce na jedno i drugie w każdej branży, w każdej formie sztuki. Powinno istnieć miejsce na natychmiastową gratyfikację i powinno istnieć miejsce na interesującą, wymagającą sztukę. Jeśli zamierzasz wydać sagę Zmierzch i odnieść wielki sukces, powinieneś być także w stanie wydać Jamesa Joyce’a i nagrodzić ludzi, którzy być może nie byli na początku do ciebie przekonani. Nie traktuję tych rzeczy zbyt serio. Zwłaszcza kiedy tworzę.
W cyklu Detective Comics Gotham jest kolejnym bohaterem, eksplorowanym równolegle do Batmana. Napisałeś też wiele historii, w których centralnym punktem narracji jest Bombaj. Co Twoim zdaniem sprawia, że miasto staje się kluczową częścią historii i jak sprawić, by stało się postacią z krwi i kości?
Uważam, że pisanie historii z udziałem miasta i nie uczynienie z niego ważnej postaci to działanie na szkodę samej opowieści. Istnieje cały gatunek pisarstwa poświęcony idei psychogeografii, ale myślę, że nasze historie są inherentnie sprzężone z tym, gdzie jesteśmy, skąd pochodzimy i dokąd zmierzamy. Mamy tendencję do myślenia o miastach jako o statycznych, ściśle architektonicznych rzeczach. Ale ludzie popełniają ten sam błąd, gdy mówią o rzeczach takich jak kultura. Żadna z nich nie jest statyczna. Kultura to nie punkt w czasie ani namacalny byt. Zmienia się w zależności od tego, kto coś do niej wnosi. Miasta są dla mnie bardzo podobne w tym sensie, że zmieniają się w zależności od tego, kto do nich przybywa, ale zmieniają też ludzi, którzy tam trafiają. Dla mnie historia i miejsce są ze sobą nierozerwalnie połączone. Mam nadzieję, że wszystkie moje prace, w których dana lokalizacja odgrywa ważną rolę, sprawiają, że to miejsce sprawia wrażenie tętniącej życiem, wyrazistej postaci.
Jednoręki i Sześć palców
The One Hand and The Six Fingers
Komiks przeznaczony dla fanów Łowcy androidów, Ghost in the Shell i Czarnego lustra.
Dwaj najgorętsi na rynku scenarzyści komiksowi – RAM V (Dziki ląd, Wiele śmierci Laili Starr) i DAN WATTERS (Sandman Uniwersum. Lucyfer) – połączyli siły z rysownikami LAURENCE’EM CAMPBELLEM (B.B.P.O.) i SUMITEM KUMAREM (Dziki ląd), aby opowiedzieć iście wyjątkowy thriller kryminalny, teraz zebrany zgodnie z pierwotnym założeniem jako dwie miniserie, których zeszyty ułożone są naprzemiennie!
JEDNORĘKI opowiada historię ARIEGO NASSARA, detektywa z Neo Noveny, szpakowatego śledczego o godnych pozazdroszczenia wynikach, będącego o krok od emerytury, którą odwleka po brutalnym morderstwie noszącym znamiona charakterystyczne dla „Jednorękiego Zabójcy”… co nie powinno być możliwe, jako że Ari posłał go za kraty nie raz, ale dwa razy.
Bohaterem SZEŚCIU PALCÓW jest student archeologii z Neo Noveny. JOHANNES VALE zawsze miał kontrolę nad swoim życiem, ale kiedy popełnia brutalne morderstwo, posługując się modus operandi niesławnego seryjnego zabójcy, wszystko wymyka mu się z rąk… a on nie pamięta tego, co zrobił. Rozpoczyna się śmiertelna gra w kotka i myszkę, ciągnąca się przez dwie przeplatające się narracje. Obaj mężczyźni nie cofną się przed niczym, aby odkryć liczne tajemnice i rozwikłać łamigłówki tej sprawy, ale każde odkrycie prowadzi jeszcze głębiej w mroczne serce metropolii przyszłości.
Wydanie zawiera materiały opublikowane pierwotnie w miniseriach The One Hand #1-5 oraz The Six Fingers #1-5.
27.01.2025
I
Kolor
Twarda
180×275 mm
312
135,00 zł
9788368346053
W swoich komiksach często skupiasz się na bogach, bóstwach i wyższych istotach mitologicznych. Mam wrażenie, że mają one wiele wspólnego z miastami, ponieważ są konceptami znacznie większymi niż życie, a jednak kryje się w nich coś tak ludzkiego, osobistego i prawdziwego.
Tak, są do siebie dziwnie podobne. I pod wieloma względami są naszym odzwierciedleniem.
Teraz robisz sobie przerwę od mainstreamowych komiksów superbohaterskich, ale przypuszczam, że widziałeś szum, jaki wywołała linia Absolute od DC. Myślę, że ogromną częścią jej sukcesu jest właśnie to, o czym rozmawialiśmy na początku – gotowość do podjęcia ryzyka. Czy widzisz większy zwrot w stronę pozwalania twórcom na szaleństwo z tymi ikonami kultury, tak jak robi to linia Absolute albo tak jak Ty zrobiłeś w Detective Comics czy Swamp Thingu?
Cóż, myślę, że słowo „szaleństwo” może być bardzo nieprecyzyjnym określeniem. Jest tam kilka bardzo pomysłowych komiksów. Jednocześnie są pozycje, które wyglądają jak wymyślenie postaci na nowo, ale tak naprawdę są tą samą historią, jedynie z nowymi, interesującymi wyborami estetycznymi. I to nie jest zła rzecz. Nie chodzi mi o krytykę. W niektórych miejscach ma jednak miejsce prawdziwe narracyjne redefiniowanie postaci, a w innych to tylko estetyka została stworzona na nowo. Nie jestem pewien, jak duży jest nacisk na prawdziwą narracyjną rewolucję, ponieważ uważam, że to znacznie rzadsza rzecz – znaleźć twórcę, który ma punkt widzenia tak uderzająco odmienny od tego, co już istnieje. Myślę, że nie skłamię mówiąc, że ujęcie Marsjańskiego Łowcy przez Deniza Campa [w nagrodzonej Eisnerem serii Absolute Martian Manhunter – przyp. aut.] to prawdziwie innowacyjny zwrot w tym komiksie. Nie wiem, czy mógłbym twierdzić to samo o wielu innych komiksach z linii Absolute. Może i nie jesteśmy przyzwyczajeni do czytania o Batmanie z klasy robotniczej, więc pod tym względem są to nowe wersje. Po prostu nie jestem pewien, czy to wystarczy by powiedzieć, że branża kładzie nacisk na autorskie głosy idące na całość.
I nie sądzę, aby tak było również w przeszłości. Ludzie zapominają, że Frank Miller był tylko jednym głosem w oceanie komiksów o Batmanie, nawet w czasie, gdy pisał Powrót Mrocznego Rycerza. Kiedy Alan Moore redefiniował Swamp Thinga w Sadze o Potworze z Bagien, działo się tak dlatego, że postać ta nieszczególnie wtedy kogoś obchodziła, a Moore rewitalizował tę markę. Tego typu redefinicje są znacznie rzadsze i natrafiasz na nie tylko wtedy, gdy spotykasz autorów z silnym poczuciem własnego głosu narracyjnego – jak na przykład Animal Man Granta Morrisona. Nie uważam, że jest tu odgórny nacisk, ponieważ branża nie może wywrzeć takiego nacisku. To musi pochodzić od samych autorów.
Dawnrunner
Dawnrunner
Opowieść o bohaterach, niezwykłych pancerzach, duchach i ludziach, którzy – mimo że dzielą ich długie lata – starają się powstrzymać upadek swoich światów.
Sto lat temu przez portal nad Ameryką Środkową przeszli Tetzowie, zmieniając wszystko, co znaliśmy. Teraz świat skupia się na budowie Żelaznych Królów, potężnych mechów sterowanych przez pilotów, którzy w gladiatorskich pojedynkach walczą z obcymi o przetrwanie ludzkości. Wojna zmieniła się w sport. Gwiazda tych walk, Anita Marr, została wybrana do pilotowania tajnego prototypu, mogącego przeważyć szalę zwycięstwa na korzyść ludzi. Po pierwszej trudnej bitwie Anita zaczyna odkrywać niezwykłą więź, która łączy ją z eksperymentalnym Żelaznym Królem, Dawnrunnerem. W miarę jak rośnie zagrożenie ze strony Tetzów, Anita i Dawnrunner stają się ostatnią nadzieją ludzkości. Czy jesteśmy skazani na zagładę? A może dramatyczne odkrycia pozwolą Anicie i Dawnrunnerowi lepiej zrozumieć siebie?
Scenarzysta Ram V („Dziki ląd”, „Jednoręki i Sześć palców”, „Wiele śmierci Laili Starr”) i rysownik Evan Cagle stworzyli komiks, który zachwyci miłośników wielkich robotów, kaiju i kultowego „Neon Genesis Evangelion”!
„Od czasu do czasu zdarza się komiks tak stylowy, że każe ci przemyśleć cały twój stosunek do tego medium. Przyjaciele, to jest właśnie jeden z nich” — Comics Beat
„Dawnrunner Rama V i Evana Cagle’a łączy olbrzymie roboty, obce języki i narracje oparte na postaciach w lekturę obowiązkową dla każdego fana komiksów SF” — Screen Rant
Dla fanów: Neon Genesis Evangelion, Eden. It’s an Endless World!, Jednoręki i Sześć palców, Atak tytanów, Ghost in the Shell, kaiju.
16.04.2026
I
Kolor
Twarda
180×275 mm
168
90,00 zł
9788368346602
Cóż, nie da się zrobić sztucznej rewolucji w opowiadaniu historii. Nie można wymusić zmiany.
Możesz uczynić rzeczy bardzo popularnymi, możesz uczynić je bardzo ekscytującymi, ale prawdziwa redefinicja narracyjna musi pochodzić z autorskiego punktu widzenia.
W jednym z wywiadów powiedziałeś kiedyś, że artysta powinien wymyślać siebie na nowo co 10 lat, aby nie popaść w zapomnienie. Rozpoczęliśmy tę rozmowę od odważnego wyboru, jakiego dokonałeś w 2016 roku z Black Mumba. Wygląda na to, że teraz, 10 lat później, nadszedł czas, aby wymyślić Rama V na nowo. Czy powiedziałbyś, że Twój nadchodzący tytuł Deicidium jest tego rodzaju reinwencją?
To pierwsza z kilku rzeczy, które według mnie będą składać się na inny rodzaj dorobku niż to, co tworzyłem przez ostatnią dekadę. Myślę, że Deicidium już ze względu na sam format jest interesującą rzeczą. Tworzymy 90-stronicowe tomy zamiast pojedynczych zeszytów. Łączy to prozę, projektowanie tekstu i estetykę mangi shōnen w sposób, w jaki wcześniej tego nie robiłem. Ale w efekcie to wciąż komiks, wciąż powieść graficzna, wciąż ma swoje konwencje. Nie jest to projekt aż tak daleki od moich poprzednich prac. Ale myślę, że to dobry punkt wyjścia. W dalszej kolejności pojawią się projekty, które z czasem będą stawać się coraz dziwniejsze, ponieważ będą przeczyć oczekiwaniom moich odbiorców wobec mnie samego. Po prostu bardzo szybko się nudzę, więc nawet wewnętrznie jest to próba zapewnienia sobie rozrywki.
Jak powiedziałeś, Deicidium jest pod wieloma względami niezwykłe. Zostanie wydane w większych tomach, podobnych do tych, na jakich opiera się rynek europejski, zamiast formatu zeszytowego, na jaki decydowałeś się przy większości swoich poprzednich projektów.
Nawet rynek europejski tak naprawdę nie robi z góry zaplanowanych serii. To jest coś znacznie bliższego rynkowi amerykańskiemu, gdzie jest to seria długoterminowa. To połączenie tych dwóch rzeczy.
Będzie miało również globalną, symultaniczną premierę, co jest moją próbą skłonienia ludzi mówiących różnymi językami i wywodzących się z różnych kultur do czytania tej samej historii w tym samym czasie – to zjawisko istniało kiedyś przy nadawanych cotygodniowo serialach telewizyjnych, ale w pewnym sensie je straciliśmy. Jestem zdania, że częściowo zatraciliśmy zdolność prowadzenia większych, transgranicznych rozmów o historiach, sztuce i rozrywce, do których przywrócenia, miejmy nadzieję, Deicidium w jakiś sposób się przyczyni.
Universal Monsters: Potwór z Czarnej Laguny Żyje!
Universal Monsters: Creature from The Black Lagoon Lives!
KLASYKA UNIVERSAL PICTURES POWRACA!
Z głębin wynurza się nowa groza!
Lata po wydarzeniach z oryginalnego filmu dziennikarka Kate Marsden wyrusza na polowanie na osławionego seryjnego mordercę do samego serca Amazonii. Gdy już depcze szaleńcowi po piętach, napotyka niespodziewane zagrożenie… ale czy to przyjaciel, czy wróg? A może po prostu… potwór z Czarnej Laguny?!
Dan Watters (DESTRO) oraz Ram V (Dawnrunner, Wiele śmierci Laili Starr) – uznani twórcy Jednorękiego i Sześciu palców – a także Matthew Roberts (Manifest Destiny) przedstawiają zupełnie nową, epicką historię z udziałem klasycznego Potwora Universalu!
Wydanie zawiera materiały opublikowane pierwotnie w „Universal Monsters: Potwór z Czarnej Laguny Żyje!” #1-4.
Dla fanów: „Dziki ląd”, „Posiadłość”, „Wiedźmy”, „Potwór z Bagien”, „Providence”. Filmów wytwórni Universal Pictures, w tym „Potwora z Czarnej Laguny” w reżyserii Jacka Arnolda.
„Kolejny ekscytujący sukces” – ComicBook.com
„Jeden z najlepszych komiksów 2024 roku” – Screen Rant
„Idealny nowy komiks dla fanów horroru” – Slash Film
29.05.2026
I
Kolor
Twarda
170×260 mm
144
75,00 zł
9788368346695
W którym momencie zdecydowałeś, że Deicidium powinno zostać wydane w ten sposób, zamiast w pojedynczych zeszytach?
Myślę, że wiedziałem, że to musi tak wyglądać może trzy, cztery lata temu, kiedy zacząłem poważnie myśleć o artystycznych konsekwencjach pracy w formacie zeszytowym w porównaniu z pracą nad czymś większym. Lubię epizodyczny charakter zeszytów komiksowych, ale nie lubię niepotrzebnych ograniczeń, jakie nakładają na twórcę, na przykład liczby stron. Muszą to być dokładnie 22 strony, nie może ich być 24 ani 25. Ale nikt się tym nie martwi, gdy robisz coś, co ma 100 stron. Jeśli ma 102 strony, nikt nie będzie się przejmował. Ale jeśli 22 zmienia się w 24, wydawcy mają już problem. To moja próba odpowiedzenia na pytanie: „okej, czy mogę pozbyć się rzeczy, które denerwują mnie w pracy w formule epizodycznej, ale nadal zachować fakt, że od czasu do czasu będzie to powtarzający się rytm?”. Cóż, zobaczymy, jak to wyjdzie. Ale praca w tym formacie była prawdziwą radością.
Nie mogę się doczekać, aż zobaczę, jak będzie wyglądać Deicidium i bardzo cieszę się na wieść, że nadchodzą po nim jeszcze dziwniejsze projekty. Bardzo dziękuję Ci za rozmowę i mam nadzieję, że okazja do konwersacji jeszcze się powtórzy. Na przykład gdy odwiedzisz Polskę, żeby spróbować naszych pierogów.
Tak, brzmi świetnie! Myślę, że moja następna wizyta może być w lokalnym sklepie z komiksami. Nie jestem pewien dokładnie gdzie, ale jeszcze to ustalę.
Cudownie to słyszeć! W takim razie czekam na więcej wieści. Jeszcze raz bardzo dziękuję.
Dziękuję. Trzymaj się.
Resurrection Man: Quantum Karma
Resurrection Man: Quantum Karma
10.2026
I
Czerń / Biel
Twarda
225×285 mm
160
9788328173651












